W stronę Byszew (cz. I)

Ze wszystkich ludzi i domów, jakie spotkałem w młodości, najważniejszym stał się dla mnie dom w Byszewach, toteż najdłuższy z nim utrzymałem kontakt. Znaczenie jego dla mnie polegało przede wszystkim na tym, że otwierał on przede mną nieznany mi zupełnie świat ziemiańskiego życia, poza tym był on drogą do zaznajomienia się z terenem, na jakim później musiałem żyć i pracować.

 

Trudno sobie wyobrazić, i nawet sam nie potrafię dokładnie zdać sobie z tego sprawy, jak bardzo inny wydał mi się świat, jaki zastałem w Byszewach, od tego wszystkiego, do czego byłem dotychczas przyzwyczajony.

 

Byszewy leżą w obszernej dolinie, położonej w trójkącie dróg pomiędzy Brzezinami, Łodzią a Strykowem. Cała ta okolica, jak całe Piotrkowskie, jest lekko falista, pola przegradzają rowy i kamienne płoty, a pełne wdzięku wzgórza urozmaicają licznie rozsiane zbiorowiska kamieni, pełne jeżyn i innych jagód. Od Czasu do czasu na takim polu, okrytym żytem lub żółtą płachtą Łubinu, stoją samotne kształtne drzewa polnych grusz. Na wzgórzach widnieją lasy lub gaiki – z daleka widzimy lasek w Buczku – albo od czasu do czasu w dole błyskają lustra stawów ze starymi młynami, stawów, gdzie wśród wykrotów drzemią wielkie raki.

 

Nad stawem Poperka stał stary drewniany młyn, koło którego przechodziliśmy z Byszew do Skoszew. Przechodziliśmy tam czasami nocą, gdzie jakoś nigdy nie widać było ludzi i mogliśmy ten młyn zaludniać w swojej fantazji. Mam wrażenie, że właśnie ten młyn czasami czarodziejsko wyglądający w mroku, nad zarośniętym stawem, gdzie nigdy nie kąpaliśmy się, zapadł mi głęboko w pamięć – i jest pierwowzorem młynów, które tak często spotykają się w moich opowiadaniach.

 

Dwór w Byszewach – żadnej wsi koło dworu nie ma – położony jest w śród zielonych łąk w samym środku owej doliny i za dworem ciągnie się cały szereg okrągłych luster wodnych. Od niepamiętnych czasów Byszewy należały do rodziny Plichtów – starej i zasłużonej szlachty; za moich czasów ród ten zubożał i nic mu już prócz Byszew nie zostało – a dawne tradycje twierdziły, że pola Plichtów ciągnęły się na wiele kilometrów w tę stronę horyzontu, gdzie dzisiaj stała czarniawa chmura ognia aż po samą Łódź. Niewiele też tradycji rodzinnych pozostało w tym domu – na ścianach w jadalni kilka portretów przodków służyło za cel do smagania batem dla Józia i jego braci, w salonie stał stary fortepian, na którym nikt nie grywał, a w tak zwanym zielnym pokoju, gdzie i śladu koloru nie było, leżało na półkach kilka zakurzonych książek.

 

Dwa dzieła literackie nie tylko miały uznanie w Byszewach, ale stały się jakby Biblią rodziny: umiane na pamięć wracały jak pacierz w trudnych czy skomplikowanych okazjach, przy powitaniach, odjazdach i toastach. Odgrywały one – jak gdyby biorąc rewanż za wszystkie wygnane towarzyszki – zasadniczą rolę i wkradały się w sam rdzeń bytu byszewskiego. Tymi książkami były Trylogia Sienkiewicza i „Klub Pickwicka” Dickensa.

 

Byle się tylko zaczęło mówić o bohaterach tej literatury, a już wuj Plichta rozpoczynał cytować wszystkie przewagi Zagłoby z pamięci lub przywoływać wszystkie subtelności wzajemnych ukłonów pana Tupana i pana Winkle’a, a sekundowali mu w tym jego siostrzeńcy. W opowiadaniach z sądu gminnego wzorował się pan Józef na jednym albo drugim ulubionym autorze, a dodawał jeszcze do swych opowiadań nabytą długoletnią praktyką sądową i stałym obcowaniem z wsią wielką znajomość chłopa polskiego, którego znał dobrze i umiał pokazywać i naśladować z niebywałą precyzją. Trzeba rzeczywiście zrozumieć, że Sienkiewicz odpowiada jak gdyby samemu założeniu, samej istocie domów w rodzaju byszewskiego i że to, czym jest jego sztuka, urodziło się nie na kresach naszych, w wielkich rycerskich rodach – kresów Sienkiewicz nie znał i nie rozumiał, a malował je z punktu widzenia królewiackiego – ale właśnie w małym szlacheckim domku, może nawet już nieco schłopiałym, i tylko w tym środowisku drobnej szlachty należycie mogło być zrozumiane i mitologizowane. Dlaczego w tej samej atmosferze mógł przyjąć się do tego stopnia Dickens? Tego już nie rozumiem, chociaż niejednokrotnie przychodziło mi na myśl, że do humoru angielskiego najbardziej zbliżony jest humor polski.

 

Pan Plichta do tego stopnia przejęty był bohaterami Sienkiewicza, że wszystkie swoje dzieci, które przyszły na świat już na jesieni jego żywota, ochrzcił imionami swoich ulubionych bohaterów: nazywali się Jan, Andrzej, Oleńka, Helenka i Basia.

PROMOCJA!

 

 

18 września - 31 października

 

WSZYSTKIE BANERY REKLAMOWE

 

TANIEJ!

 

Miesięczna emisja już od 40 zł!

 

reklama@echanowosolnej.pl

 

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Reklama

Aktualnie gościmy

Odwiedza nas 49 gości oraz 0 użytkowników.