Dolina Moszczeniczy (cz. II)

Dolina Moszczenicy (cz. II)

Jak z tych sielskich pejzaży wyrastała Łódź? To było takie zadziwiające w tym mieście, że takie „złe”, takie prawdziwe, ohydne dziewiętnastowieczne miasto wysuwało się tak bezpośrednio z tych niezapomnianych pól pełnych kamionek i żółtych od łubinu.

Przemierzyłem te pola wszerz i wzdłuż, zawsze mając ten czarny obłok nad miastem na horyzoncie.

 

            Nie polowałem nigdy, ale zawsze towarzyszyłem Wickowi Świerczyńskiemu w jego myśliwskich wyprawach. Chłopcy nie lubili włóczyć się „bez celu”. Wicek brał fuzję, wołał wyżła Apela, szedł, tak starannie przeczesując łubiny i koniczynę, a ja jak ten Apel bujałem za nim. W sandałach na bose nogi, z gołą głową, nie wiedząc, że tym strojem wywołuję powszechne zgorszenie. Wreszcie pan Plichta prosił mnie, abym choć coś przynajmniej wkładał na głowę. Przywiozłem z sobą starą wiedeńską „cyklistówkę” mego brata – nazywaliśmy ją klejnotem rodzinnym – i wtłaczałem sobie na głowę ten wypłowiały łachman. Chodziło tylko o to, aby nie włóczyć się „z gołą głową”.

            Lato było wyjątkowo upalne. Lekcje odbywaliśmy rano, jak najwcześniej, a potem od obiadu snuliśmy się po polach, czasami tylko przysiadując na kamionkach wśród czarnych jeżyn i białych powojów. Opadła mnie także mania myśliwska: polowałem na motyle, których było tyle nad łubinem, małe niebieskie i duże w czarne i czerwone oka. Zbierałem także skrzydła z ubitych przez Wicka ptaków: migdałowe skrzydła sójek z niebieskim inkrustowaniem, czarne skrzydła wron, które same przecież były szare! Piękne były lata w dolinie Moszczenicy. […]

            Wracam czasami w tamte okolice. Ale przecież wiesz, czytelniku, co to jest powracać w okolice, które się znało i kochało w dawnych czasach i z dawnymi ludźmi, a teraz się ich nie poznaje. Zdają się inne, zmienione, wygładzone – a czasami zupełnie inne niż żyły przez długie lata w pamięci i w wyobraźni.

            Staje się nad rzeką, spogląda na pejzaż z lasem, widzi się perspektywę ulicy – i zadaje sobie pytanie: czy to jest to? Czy to jest naprawdę to samo, co mi się młodości wydawało piękne, niezapomniane, kochane i miłe?

            Bo te przedmioty i te okolice, których obraz i pamięć tkwi w nas samych, zmieniają się wraz z nami, i jak czasami nie poznajemy pejzażu lasu Dobieszkowskiego, stawu w Brzezinach, alei w Helenowie i fasady domu na Piotrkowskiej.

            I zdją się być te dawne pejzaże tak samo oschłe, jak oschłą stała się nasza postarzała dusza. „To się bardzo ładnie nazywa, kobieto Narses, to się nazywa Przemijanie”.

            A wtedy w 1911, jak powiedziałem, wróciliśmy przez Zgierz, Łagiewniki – gdzie musieliśmy odwiedzić kościół z cudownym obrazem Trójcy Świętej, boby nam tego pani Zdzitowiecka ze Skoszew nie darowała – Stryków do Doliny Moszczenicy i ze Strykowa wróciliśmy do Byszew.

            Odtąd ile razy jadę z Łodzi do Warszawy, zawsze, chociaż wiem, że się powtarzam, pokazuję moim towarzyszom podróży las w Dobieszkowie, kościół mariawitów w Dobrej, młyn w Strykowie i objaśniam, jak się tu idzie doliną Moszczenicy do Skoszew, a potem do Byszew. Słuchają mnie z roztargnieniem, bo im to nic nie mówi. A przede mną ożywa cała moja młodość.

 

1977

PROMOCJA!

 

 

18 września - 31 października

 

WSZYSTKIE BANERY REKLAMOWE

 

TANIEJ!

 

Miesięczna emisja już od 40 zł!

 

reklama@echanowosolnej.pl

 

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Reklama

Aktualnie gościmy

Odwiedza nas 33 gości oraz 0 użytkowników.