Dolina Moszczeniczy (cz. I)

Dolina Moszczenicy[i]

            Moje podróże do Łodzi zacząłem bardzo osobliwie, bo przede wszystkim poznałem okolice Łodzi i to bardzo szczegółowo, a potem dopiero wyprawiłem się piechotą do miasta.

            Okolice Łodzi są bardzo malownicze i w niczym nie przypominają miejscowości podwarszawskich. Ja dostałem się od razu w okolice rzeki Moszczenicy.

 

            Urocza ta, płaska zresztą, dolina do dziś dnia mało się zmieniła i zawsze pozostaje taka pełna wdzięku, jak była wtedy, w roku 1911.

Rzekę Moszczenicę, wąską, ale czystą rzeczułkę, poznałem od początku chyba, od Nowosolnej aż do Strykowa. Dopiero za Strykowem Moszczenica rozszerza się trochę i dziarsko zdąża do Bzury i razem z Bzurą wpada do Wisły pod Wyszogrodem. Ale ja znałem tylko górny bieg Moszczenicy.

            Prześliczne stawy na łąkach byszewskich noszą nazwę Źródła, ale to chyba nie są źródła Moszczenicy w dosłownym znaczeniu. Zaczyna się ona nieco wyżej, właśnie pod Nowosolną, która w owych czasach była wsią niemiecką, kolonizacyjną, i wybitnie różniła się architekturą od wsi polskich.

            Dwór w Byszewach przysiadł właśnie na łąkach nad Moszczenicą. Stary to był dwór, a dawniej zakładali dwory na miejscach niskich, żeby ogrody się udawały.

            Ale ogrodu żadnego już nie było, kasztanowa aleja, piękne drzewa orzechowe – a reszta to sosnowe zagajniki. Z ganku dworu w Byszewach widać było wierzby wzdłuż rzeki sterczące – była to droga do kościelnej wsi Skoszewy. W połowie drogi między Byszewami a Skoszewami dolina się obniżała. Tam też był staw dość głęboki ze starym młynem. Staw nazywał się Poperka, był czarniawy od olch zarastających brzegi i miał kamieniste dno. Osypała się tutaj jakaś kamionka.

            Woda tu była żółta, ale przejrzysta. Widać było między kamieniami raki, które wypełzały o zmierzchu. Były olbrzymie. Łapaliśmy je przemyślnym sposobem na kije, do których przywiązywało się żabie trupy odarte ze skóry. Widać było jak rak wypełzał z nory i zanurzał szczypce w mięśnie żaby. Wtedy trzeba podstawić woreczek – podrywkę, obliczając na efekt przełamywania się promieni w wodzie i zręcznie strząsnąć raka do podrywki. Dochodziłem w tym do wielkiej wprawy.

            A tych raków tam widać nikt nie łowił od niepamiętnych lat, były takie ogromne. I mieszkały tam w tych szarych kamieniach i białych chmurach, które odbijały się w żółtej wodzie jak w lustrze.

            Poperka miała jakieś swoje odpływy do Moszczenicy. A po obu stronach doliny widniały lasy i zagajniki. Wśród zagajnika strzelał niespodziewanie w górę gotycki lasek w Buczku. To było po prawej stronie.

            Po lewej stronie obrastał dolinę lasek, a właściwie las w Dobieszkowie. Był tu i dwór, we dworze tradycje powstańcze, bitwa pod Dobieszkowem w 1863 roku – a za moich czasów czarujący młody człowiek, który flirtował z Zosią Świerczyńską.

            Ładnie tu było. Moszczenica się rozlewała szeroko, tworzyła oka na łąkach, siedziały tu młyny, ale to już zaczynał się Stryków […]

            Doliną tą włóczyłem się na wszystkie boki. Sam i z chłopcami, którzy chodzili na polowanie. W stronę Brzezin szło się drogą, a właściwie miedzą w górę, aż do świętego Wawrzyńca. Nazwę świętego Wawrzyńca nosił słup ceglany, jedyna pozostałość po dawnej figurze, stojącej na straży granic pola. Ta droga wiodła do wsi Moskwa, która jak diadem swoimi topolowymi i wiśniowymi krzewami wieńczyła w tym miejscu horyzont. Za Moskwą była wieś – długa i duża – wieś Lipiny, leżąca przy szosie Brzeziny – Łódź. Jest ona tam i dzisiaj, ani zmalała, ani urosła.

            Dalej wzdłuż obrzeżą doliny i z tej strony również dochodziło się do lasów. Za moich czasów był to zagajnik w Buczku i kawałek niespodziewanie wysokiego „gotyckiego” lasu, najczęstszy cel konnych spacerów; po podwieczorku jechało się do lasu w Buczku.

            Cała idylla doliny Moszecznicy, tak piękna i tak pełna wdzięku, niepokoiła tylko w jednym punkcie: nad obrzeżem doliny, na północnym zachodzie, unosił się zawsze gęstszy lub rzadszy obłok czarnego dymu: tam była Łódź.

            Od pierwszych dni mojego pobytu w Byszewach, w dolinie Moszczenicy, korcił mnie ten czarny dym na horyzoncie. Chciałem od razu wiedzieć, jak wygląda owo miasto, nad którym, jak nad jakimś biblijnym miastem przeklętym, unosił się ów czarny obłok dymu. Oczywiście czytałem już wówczas Ziemię obiecaną.

            Nie było tak daleko. Pachciarz z Byszew codziennie jeździł do Łodzi, woził wozem mleko do miasta. Ale nie mogłem się z nim zabrać. Pan Plichta był sędzią pokoju w Lipinach i jeździł co tydzień do tej wsi; to mu wystarczało, do Łodzi nie jeździł. Może raz czy dwa wciągu całych moich wakacji.

            Wybrałem się więc po prostu piechotą. […]

 


[i] Jarosław Iwaszkiewicz, Podróże do Polski, wydawnictwo „ALFA”, Warszawa 1987.

PROMOCJA!

 

 

18 września - 31 października

 

WSZYSTKIE BANERY REKLAMOWE

 

TANIEJ!

 

Miesięczna emisja już od 40 zł!

 

reklama@echanowosolnej.pl

 

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Reklama

Aktualnie gościmy

Odwiedza nas 47 gości oraz 0 użytkowników.